Bonjour, Stołczyn!

Ta historia to gotowy scenariusz na film. Z uwagi na osobistą tragedię głównego bohatera, należy się mu raczej poważna forma. Bohaterem jest Francuz, Claude Boussin, który mając nieco ponad 20 lat, trafił jako pracownik przymusowy do pracy w stołczyńskiej stoczni Baltik-Werft.

Frédéric Boussin, syn Claude’a

Kilka miesięcy temu skontaktował się ze mną syn bohatera tej historii, Frédéric, z informacją, że jego ojciec, który zmarł w 2001 r., pozostawił po tym epizodzie kilka dokumentów i spisane wspomnienia. Oraz że planują wraz z rodziną wakacyjny wyjazd do Berlina, i na jeden dzień chcą przyjechać do Szczecina, zobaczyć miejsca, w których przebywał ich przodek.

STO

Claude Boussin został wywieziony w 1943 r. na roboty w ramach akcji „STO” (Obowiązkowa Służba Pracy). Po klęsce Francji w 1940 r. w okupowanym kraju istniały trzy kategorie francuskich pracowników: ochotnicy, jeńcy wojenni i pracownicy przymusowi. Claude Boussin należał do tej trzeciej grupy. „Przymusowa Służba Pracy” została uchwalona 16 lutego 1943 r. Polegała na wysłaniu do pracy w Niemczech wszystkich młodych ludzi urodzonych w latach 1920, 1921 i 1922. Szacuje się, że w ramach całej akcji STO w okresie od czerwca 1942 r. do lipca 1944 r. wywieziono z Francji ponad 600 000 osób. 60 000 z nich zmarło w wyniku deportacji; 15 000 zostało rozstrzelanych lub powieszonych za akty oporu, sabotaż i kradzież.

Wyjazd francuskich pracowników STO do Niemiec ze stacji Paryż-Nord w maju-czerwcu 1943 r.
(źródło: Wikidemia Commons)

Obóz w Żelechowej

Claude Boussin swoją podróż rozpoczął na stacji Angers 16 marca 1943 r. 18 marca przybył do Szczecina. Miejscem jego zakwaterowania był Gemeinschaftslager – Züllchow na Adolf Hitlerstrasse 36, a zatem obóz w Żelechowej, na obecnej Dębogórskiej 36. Z książki adresowej z 1942 r. dowiadujemy się, że pod tym adresem działała Stettiner Portland-Cementfabrik.

Stamtąd Claude wysłał w kwietniu 1943 r. list do swojej ówczesnej przyjaciółki, a potem żony, Odette, w którym zdradził szczegóły surowego życia w obozie. Napisał, że w barakach nie ma ogrzewania, a do jedzenia mają tylko rzadką zupę z kilkoma pływającymi w niej rzepami. Był to zaledwie trzeci jego tydzień w obozie, a już przechodził ciężkie zapalenie oskrzeli. List zakończył słowami, że musi kończyć, bo musi iść po chleb, który rozdawany jest raz w tygodniu.

Tył koperty listu wysłanego do Odette z adresem obozu w Żelechowej. Z archiwum rodziny Boussin.

Warunki życia w obozie opisał również w swoim wspomnieniu w 2000 r.:

Mieszkaliśmy w 12 osób w baraku z prefabrykatów, o powierzchni około 30 m2. Spaliśmy na słomianych materacach, na łóżkach piętrowych (takich samych, jakie widzieliśmy w niemieckich obozach koncentracyjnych). Porcje jedzenia były naprawdę małe i kiepskiej jakości: bardzo lekkie zupy, brukiew, ziemniaki, mięso 150 g tygodniowo, chleb 500 g tygodniowo. Udało nam się przeżyć dzięki paczkom wysyłanym przez rodziców, jednak nigdy nie otrzymaliśmy paczek z Czerwonego Krzyża. (to i dalsze tłumaczenia z języka angielskiego: PR)

W tym obozie mieszkali ludzie z kilku krajów europejskich: Holendrzy, Belgowie, Polacy, Ukraińcy i Rosjanie. Obozowe życie było surowe: brak ogrzewania, zimny prysznic, przepełnione latryny, które przyciągały do baraków insekty. Ale niedziela była dniem wolnym i pracownikom przymusowym wolno było wychodzić do miasta. Chodzili do kawiarni na ciemne piwo. Korzystając z okazji, przeszukiwali okolicę w poszukiwaniu pożywienia, z uwagi na szczupłe racje żywnościowe.

Francuzi byli traktowani lepiej niż Rosjanie, Polacy czy Ukraińcy. Claude wspominał, że niemiecki strażnik, który nadzorował barak, czasami dzielił się z nimi kilkoma papierosami. Ponadto czasami przymykał oko na rzeczy niekoniecznie dozwolone.


Podoba Ci się ten tekst? Możesz to okazać stawiając wirtualną kawę.


Praca w stoczni Baltik-Werft

Miejscem pracy Claude’a była stocznia Baltik-Werft na Stołczynie. Został przydzielony tutaj zapewne dlatego, że był marynarzem. Wraz z towarzyszami niedoli, po otrzymaniu niemieckich dokumentów i kart żywnościowych udał się do pracy. Każdemu z pracowników przymusowych przydzielono numer. Praca trwała od rana do 7 wieczór. Po latach wspominał:

Miałem szczęście, że warunki pracy nie były zbyt ciężkie dzięki kilku starym polskim majstrom, którzy nie pilnowali mnie. Dzięki temu mój udział w niemieckim wysiłku wojennym był ograniczony.

Legitymacja Claude’a Boussin jako pracownika Baltic-Werft na Stołczynie. Z archiwum rodziny Boussin.

Pogarszające się warunki

6 czerwca 1944 r. alianci wylądowali w Normandii. Wiadomość o tym wydarzeniu szybko rozeszła się po wszystkich obozach na terenach okupowanych przez Niemcy. Claude wspominał:

Cieszyliśmy się. Ale kilka tygodni później życie w obozie stało się gorsze. Nie było już paczek z Francji, racje żywnościowe zostały zmniejszone, więc musieliśmy wychodzić w nocy w poszukiwaniu ziemniaków i brukwi. Słomiane, cienkie materace, które ograniczały dyskomfort, zniknęły z powodu pluskiew, więc musieliśmy spać na drewnianych deskach. Potem pojawiły się wszy z powodu naszych przerośniętych włosów i ogólnego pogorszenia higieny. Potem nadeszły bombardowania, które stały się coraz częstsze i bardziej przerażające.

Pracownicy przymusowi byli zobowiązani do oczyszczenia zbombardowanych terenów produkcyjnych, i ponownego uruchomienia, jeśli było to możliwe. Coraz bardziej niszczycielskie naloty oraz pojawienie się Rosjan na prawym brzegu Odry, łączyły się z pogarszającymi się warunkami w obozie. Wtedy Claude wraz z kolegą postanowili uciec.

Ucieczka

Z obozu w Żelechowej uciekli 12 marca 1945 r. Wybrali do tego celu małą łódkę rybacką, na którą wsiedli pod osłoną nocy. W końcu marca dopłynęli w okolice Stralsundu i cały kwiecień spędzili na Rugii. Stamtąd wyruszyli 1 maja w dalszą drogę, przez morze, w kierunku Danii. Niestety w połowie maja spotkał ich sztorm w rejonie portu Holm i prawdopodobnie wtedy stracili łódkę. Tam zostali aresztowali przez Amerykanów, którzy wzięli ich za uciekających Niemców. Sześć dni spędzili w obozie w Padborg, a następnie przewieziono ich do Leck, gdzie, jak się wydaje, zostali na 3 dni. Następnie musieli przejechać przez Hamburg i trafili 29 maja do Lüneburga, gdzie następnego dnia Cleude wsiadł do pociągu do Brukseli. Finalnie do Angers, miejsca, z którego wyruszył do pracy przymusowej, wrócił 2 lipca 1945 r.

Spotkanie w Szczecinie

Do spotkania doszło w piątek, 9 sierpnia 2024 r. Odwiedziliśmy wszystkie miejsca, które w wojennej historii Claude’a w Szczecinie były najistotniejsze: lokalizację obozu, w którym mieszkał na Żelechowej, nabrzeża portowe, skąd prawdopodobnie uciekał z towarzyszem, tereny dawnej stoczni Baltik-Werft. Na koniec zabrałam rodzinę Boussin do Izby Pamięci Stołczyna, w której mamy jedną kartkę pocztową napisaną w 1900 r. po francusku, co było ciekawym akcentem spotkania. Goście podarowali Izbie jedną kartką żywnościową z czasów obozowego życia ich przodka. Po odpoczynku i obiedzie w Restauracji Jachtowa, udaliśmy się z powrotem do centrum na krótkie zwiedzanie i autobus powrotny.

Sama jestem w takim momencie życia, że szukam informacji o swoich przodkach. Historia mojej rodziny także zahacza o wątki obozowe, ucieczki i tułaczkę pod ostrzałem radzieckim. Doskonale zatem rozumiem potrzebę fizycznej obecności w miejscach, w których naszym przodkom przyszło spędzić część ich życia. Tym milej było mi, że mogłam być częścią tej podróży rodziny Boussin i służyć im swoim czasem i wiedzą.

2 myśli na temat “Bonjour, Stołczyn!

Dodaj własny

Dodaj komentarz

Stwórz witrynę internetową lub bloga na WordPress.com Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑